Jestem Lily i mam dwadzieścia lat. Od urodzenia mieszkam w Brooklynie i mogę szczerze powiedzieć, że znam już prawie całe miasto. Jednak gdy trzy lata temu moi rodzice oznajmili, że James - mój młodszy brat - ma już dosyć mieszkania tu, więc postanowili się wyprowadzić. Jednak ja nie chciałam, więc moja mama powiedziała mi, że jeśli nie chcę wyjechać do Nowego Jorku to tu zostaje. Na ulicy. Nienawidziłam Jamesa za to, że zawsze gdy byłam w wieku dwunastu lat, a on pięciu, rozrabiał i zwalał winę na mnie. Rodzice go rozpieszczali. Co prawda, byłam grzeczną dziewczynką, ale miałam dość. Gdy dorosłam do szesnastu lat zaczęłam się umawiać z chłopakami, palić, pić i chodzić na imprezy, moi rodzice nie byli zachwyceni. Więc w odpowiedzi powiedziałam im:
- Zostaje. Tu mam Meg, wszystkich znajomych, wspomnienia, tu się wychowałam. Po co miałabym wyjechać, ponieważ mój młodszy brat ma kaprysy? Nie. Zostaje. - powiedziałam stanowczo i wyraźnie, po czym poszłam do swojego pokoju. Moi rodzice rodzice nie pojęli mojej decyzji i stawiali mi ciągle warunki, ale miałam ich gdzieś. Po dwóch dniach już ich nie było. Zostałam sama na ulicy, aż Meg - moja najlepsza przyjaciółka - poprosiła mamę, o to, żebym z nimi zamieszkała. I się udało. Miałam wspaniałe życie. Po niecałym roku razem z Meg zakochaliśmy się w boysbandzie One Direction. Mama mojej przyjaciółki mówiła, że to przelotne, jednak nadal ich kochamy po dwóch latach. Więc zobaczenie ich na żywo, było wspaniałym przeżyciem.
I tak się zaczęło..
****
- Li-Li chodź tu szybko!
- krzyczała Meg z końca areny. Podeszłam do niej, a ona tylko kipiała z radości. Nie dziwię się jej, przed dosłownie chwilą gadaliśmy z One Direction, a teraz stoimy na scenie, na której dwie godziny temu śpiewali.
-
Niesamowite. - powiedziałam rozkoszując się widokiem na ponad dwadzieścia tysięcy miejsc siedzących na arenie, ale całkowicie pustych.
- Całkiem ekstra, huh? - spytał Niall, a mi serce mocniej zabiło. Byłam w nim po uszy zakochana. Przytaknęłam tylko głową na znak potwierdzenia, a on się zaśmiał. Co w tym śmiesznego?
- Co cię śmieszy, Horan? - zapytałam, a on podszedł do mnie niebezpiecznie blisko i wyszeptał mi do ucha:
- Powiem ci jak teraz gdzieś ze mną pójdziesz. - wyszeptał, a ja spojrzałam na Meg, a potem na chłopaka, a on tylko uśmiechnął się do mojej przyjaciółki. Zrozumiała. Niall złapał mnie za rękę i poprowadził za kulisy. Przyznaje bez bicia, że byłam i zaskoczona, i przerażona. Co on planował? Puścił moją rękę, kiedy znaleźliśmy się na dachu budynku. Nawet nie zauważyłam gdzie idziemy.
- Więc, Horan, co cię tak śmieszyło? - spytałam, a on podszedł do mnie z uśmiechem na twarzy.
- Możesz mi mówić Niall? Tak jest o wiele lepiej. - odpowiedział, a ja się zaczerwieniłam. Nigdy, ale to nigdy nie czerwieniłam się przy chłopakach. Spuściłam głowę, a Niall patrzył wciąż na mnie i coraz bardziej byłam przerażona tym, co chce zrobić. Pocałuje mnie? Nie, na pewno nie. A może chce mnie zaprosić na randkę? Nie, to też nie.
- Chciałbym się ciebie spytać..eeee..czy...eee..chciałabyś pójść ze mną..eeee....na randkę? - spytał jąkając się, a ja szczęśliwa podniosłam do góry głowę, wspięłam się na palce i pocałowałam go w policzek, szepcząc:

- Chętnie. - po czym od razu zeszłam na dół, na arenę po Meg. Pojechałyśmy do domu, ale moja przyjaciółka jak zawsze nie szczędziła mi pytań typu:
Jak całuje? Zaprosił cię na randkę? Będziecie robić...? To była przesada i od razu chciałabym się zatrzymać i wyjść z tego cholernego samochodu.
__________________
Rozdział krótki, ale jest dużo faktów. Nie mam zamiaru się rozpisywać, więc: Mam nadzieje, że rozdział wam się spodobał.
Komentujcie ♥ xx